09.04.2015

Rozdział IX

      Przyzwyczaiłam się do studenckiego trybu życia. W każdym dniu byłam zdziwiona, każdą nową niespodzianką jaki los zsyłał na moją drogę w uniwersytecie. Kampus okazał się wielką placówką edukacyjną, gdzie każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Poprzez rozgrywki futbolu amerykańskiego, aż do najróżniejszych kierunków typu medycyna, biznes, sztuka czy też stosunki międzynarodowe. Byłam wręcz onieśmielona pięknym krajobrazem całej placówki. Na pozór stare budynki, były łączone z nowoczesnością, przez co miejsce wydawało się być wręcz zaczarowane. Wszędzie połyskiwały niebieskie flagi, albowiem dowiedziałam się, że to kolor reprezentujących uniwersytet na wybitnych zawodach sportowych. Był to raj dla mojego umysłu oraz duszy. Znajdowała się tu piękna biblioteka z niesamowitą kolekcją książek, które ujęły moje serce do szaleństwa.
      Poprzez jedenaście tysięcy uczniów uczęszczających do uniwersytetu, tylko raz zauważyłam ukradkiem oka Sandy, która sama podziwiała niesamowitą aurę tego miejsca. Żałowałam, że nie mogłam dzielić chwili właśnie z nią, jednak nie byłam w stanie postąpić kolejnego kroku. Chciałam zająć się edukacją, bo dzięki wizie przyznanej mi na czas nauki mogę tutaj zostać i spełniać swoje marzenia.
      Relacje z Jacob’em były na domiar wspaniałe. Czułam lżejszy ciężar na duszy, kiedy widziałam go za każdym razem, gdy (mimo moich oporów) przyjeżdżał, aby mnie odebrać i zawieźć do domu. Traktował mnie jak panią swojego losu i to czasami sprawiało, że czułam się przez niego przytłoczona. Zdawałam sobie z tego sprawę, że jeśli jakaś inna dziewczyna byłaby na moim miejscu, skakałaby z radości, albowiem miałaby cokolwiek by sobie zażyczyła. Ja nie wymagałam od niego nic, prócz istnienia w jego życiu i to czasami go jedynie gubiło.

- Dziękuję za dzisiejsze zajęcia. Do zobaczenia. – odparł delikatnym głosem, starszy mężczyzna o siwawych włosach, który prowadził wykłady z historii sztuki – pan Stanley.
      Wszyscy zgromadzeni zaczęli pakować swoje notatki do niewielkich toreb. Ja również tak postąpiłam i pośród zgiełku ludzi zaczęłam zmierzać ku oszklonym drzwiom, prowadzący na główny hol. Odczekałam krótką chwilę, aż tłum się rozprzestrzenił i powolnym krokiem zmierzyłam ku stołówce aby zakupić wodę mineralną. Do następnych wykładów miałam jeszcze trzydzieści minut, więc za ten czas mogłam równie dobrze przyglądać się pięknym dziełom sztuki zrobionym przez absolwentów uniwersytetu.
      Kiedy błądziłam korytarzami, dotarłam do sal tanecznych, czyli zmierzałam w dobrym kierunku. Budynek Yale of Art składał się z wydziałów muzyki, aktorstwa, architektury, tańca oraz sztuki, przez co każdy miał możliwość na wgląd do innych dziedzin, które stawały się fascynujące.
      Zdawałam sobie sprawę z tego, że jeśli nie byłabym tak wielką kaleką życiową moim zamiłowaniem byłby taniec. To byłoby pewne. Jednak los skazał mnie na inną drogę. Kiedy podążałam środkiem korytarza i mijałam zaledwie kilku uczniów, przystanęłam, albowiem usłyszałam dzwonek swojego telefonu dobiegający z torebki. Szybko go wyciągnęłam oraz uśmiechnęłam się widząc na wyświetlaczu napis JACOB. Szybko nacisnęłam zielony guzik i przyłożyłam aparat do swojego ucha.
- Cześć. – powiedziałam, a na moje usta mimowolnie wkradł się uśmiech.
- Cześć zołzo – ostatnio za bardzo zadomowił się z tym przezwiskiem - chciałem się zapytać o której dzisiaj kończysz, bo pomyślałem, że pójdziemy coś zjeść, gdzieś.
Poszerzyłam swój uśmiech jeszcze bardziej. Był niewiarygodny.
- Hmm.. Kończę około czternastej.
- Idealnie! To przyjadę po Ciebie od razu po pracy.
- Jacob, nie musisz.. Przyjadę sama. Prze..
- Nie ma takiej opcji! – wręcz krzyknął.
      Nic nowego.
- Do zobaczenia. – zakończył rozmowę nie chcąc wdrążyć się w kolejną dyskusję, a ja mimowolnie wywróciłam oczami.
      Był zanadto opiekuńczy. Kiedy niedbale wrzuciłam do torebki telefon, przystanęłam u stóp szklanej ściany odgradzającej salę taneczną, gdzie w środku znajdowała się blondynka ze swoim partnerem o dwie głowy wyższy od niej. Uśmiech mimowolnie wkradł mi się na usta, albowiem pierwszy raz widziałam osoby, które bawią się tym co chcą robić poważnie w życiu.
      Dziewczyna wesoło podskakiwała, wyrzucając w powietrze swoje drobne dłonie, a chłopak u jej boku jedynie wdzięcznie się śmiał oraz gestykulował w prześmieszny sposób.
      Nie wiem co sprawiło, że przystanęłam. Wydawali się po prostu szczęśliwi, zwykłymi błahostkami i to chyba mnie od nich różniło. Wpatrywałam się w nich dobre pięć minut, aż zauważyłam jak nieznajoma dziewczyna, macha w moją stronę oraz gestami dłońmi przywołuje mnie, abym się do nich dołączyła.
      Wow! Ci ludzie byli na prawdę bezpośredni.
      Uśmiechnęłam się mimowolnie oraz pokręciłam głową. Nie wydawało mi się to dobrym pomysłem, abym wkroczyła swoimi lewymi nogami na parkiet i prędzej złamała sobie obie nogi i ręce niż zrobiła jakiś taneczny trik.
      Dziewczyna ciągle się szeroko uśmiechając, odwróciła się do swojego partnera, który uchwycił ją w swoje ramiona i kilkakrotnie zakręcił się w okół własnej osi. Poczułam dziwne ukłucie w sercu. To był więc doskonały moment, abym w końcu podążyła w stronę stołówki. Nie przyglądając się już tancerzom, skierowałam się wzdłuż korytarza, gdzie zauważyłam znak iż za wielkimi metalowymi drzwiami znajduje się szukane przeze mnie miejsce.
      W stołówce jak zwykle roiło się od ludzi, którzy pochodzili z innych kontynentów. Nie zwracałam jednak zbytnio wielkiej uwagi, więc od razu pospiesznym krokiem podążyłam w stronę lodówki z napojami. Po zapłaceniu odetchnęłam cicho oraz próbowałam odszukać drzwi, które kierowały na plac na dworze gdzie każdy jadł lunch, bądź dzielił się ze swoimi przyjaciółmi o ostatnich maratonach alkoholowych, które skończyło się porażką.
      Odnalazłam wśród zgiełku ludzi wolny dwuosobowy stolik i zajęłam miejsce. Byłam zdziwiona faktem, iż na dworze wciąż panowała piękna, letnia pogoda. Słońce ogrzewało moją skórę do takiego stopnia, że czułam iż za niedługo pojawią mi się na policzkach naturalne rumieńce. Oparłam się wygodnie o siedzenie i odkręcając butelkę, usłyszałam dziewczęcy miły głos:
- Cześć!
      Spojrzałam dookoła siebie, myśląc, że było to skierowane gdzieś do innych osób które mnie otaczały, jednak nie. Szczupła blondynka, która zapięła włosy w luźny kok, uśmiechała się w moją stronę, jakbyśmy się widzieli po latach. Poznałam ją od razu. To była ta sama dziewczyna, którą kilka minut temu widziałam na sali tanecznej i która przywoływała mnie abym zatańczyła wraz z nimi.
- Am.. Cześć. – odpowiedziałam niezdarnie, jednak mimowolnie uniosłam kąciki moich ust ku górze.
- Cudowna pogoda, prawda? Każdy zajął miejsce na dworze i nie znalazłam żadnego wolnego miejsca, więc chciałam się zapytać czy mogłabym się przysiąść? – poszerzyła swój uśmiech do maksimum, przez co nawet moje policzka mnie rozbolały.
- Tak, oczywiście. – odpowiedziałam jej jedynie oraz poprawiłam się na krześle, obserwując jedynie jak zasiada na przeciwko mnie. Odetchnęła, jak mniemam po ciężkim treningu i ciągle nie tracąc swojego uśmiechu z twarzy podała mi niespodziewanie rękę.
- Jestem Skylynn, ale uważam że trudno jest ciągle się tak do mnie zwracać, więc po prostu Sky.
      Zaśmiałam się z jej poglądów na swoje imię i mimowolnie uścisnęłam delikatnie jej dłoń.
- Sophie, po prostu Sophie. – spróbowałam naśladować jej pozycję kierującą w stronę przedstawienia się, jednak nie zbyt efektywnie mi to wyszło.
      Dziewczyna jednak się zaśmiała i sięgnęła do swojej torby treningowej po butelkę z napojem.
- Często Cię widuję w kampusie. Studiujesz na wydziale architektury? – zapytała, zakładając po chwili na swój nos drogie okulary przeciwsłoneczne.
      Nieco się speszyłam, że wie o tym, że studiuję akurat ten wydział. Na kampusie znajduje się tyle osób, że sama nie potrafię rozróżnić nikogo, jednak odpowiedziałam jej jedynie:
- Tak. To mój pierwszy rok tutaj.
- I jak Ci się podoba? – upiła łyk wody z butelki.
- Przyzwyczaiłam się zanadto szybko, jeszcze jedynie mylą mi się miejsca gdzie mam wykłady, ale z czasem zapewne to się zmieni. – odpowiedziałam jej – To też Twój pierwszy rok?
      Dziewczyna przełknęła ślinę i szybko odstawiła butelkę na stolik. Od razu poczułam, że rośnie w niej napięcie. Jednak to szybko z niej spłynęło, albowiem uśmiechnęła się ponownie w tak szeroki sposób i na jednym oddechu odpowiedziała:
- Mój pierwszy rok tutaj, jednak jestem w wyższej klasie. Zaczęłam studia taneczne w University of Arizona, jednak się przeniosłam z powodu.. Spraw osobistych.
- To świetnie, teraz tym bardziej nie czuję się tutaj aż tak obco. – stwierdziłam.
- Nie jesteś stąd, prawda?
- Nie, przyjechałam prosto z Europy.
- Tak myślałam. Masz inny akcent, jak dziwnie to zabrzmi. – zaśmiała się dźwięcznie – Więc.. Spełniasz tutaj swoje marzenia, co?
- Marzenia to za mało powiedziane. – zaczęłam – Zawsze pragnęłam tu być. A możliwość rozwijania się i przy okazji zwiedzenia i mieszkania w Stanach to tylko wielki bonus.
      Dziewczyna skrzyżowała swoje ręce na klatce piersiowej i wygodniej oparła się o oparcie krzesła.
- Przyjechałaś sama? – zapytała.
      Poczułam się trochę jak na przesłuchaniu w sprawie morderstwa.
- Nie. Z przyjaciółką. – zmieszałam się lekko – To znaczy. To taka dziwna sprawa, ale ogólnie przyjechałyśmy razem w celu edukacji.
- Jak to dziwna sprawa?
      Spojrzałam na nią, a ona chyba wyczuła moją lekką obawę, albowiem zaśmiała się ponownie. To chyba ją odstresywało.
- Wybacz, jestem zawsze taka dociekliwa. – usprawiedliwiła się.
- W porządku. – uśmiechnęłam się do niej oraz upiłam łyk napoju – A ty? Przeniosłaś się tutaj sama?
- Można tak powiedzieć. Aktualnie mieszkam sama w akademiku po za kampusami uniwersytetu. Próbuję w końcu dopiąć swego, aby osiągnąć coś czego zawsze chciałam i.. Mieć po prostu normalne życie.
      Momentalnie wyczułam smutek w jej głosie, kiedy zakańczała swój krótki monolog.
- Przecież już chyba masz normalne życie. Jesteś młoda, rozwijasz się. Nic cię nie ogranicza. – teraz to ja stawałam się policjantem, który chciał dopiąć swego.
- To prawda, jednak.. Miałam ciężkie dzieciństwo. Trudno sobie nie zaprzątać tym głowy. Prawie każdy student ma wsparcie w rodzinie, a ja jednak zostałam sama. – ściągnęła swoje okulary oraz spojrzała mi prosto w oczy.
      Uchwyciłam w jednej chwili smutny błysk w jej oku i po chwili spuściła wzrok oraz kontynuowała:
- Rodzice zginęli poprzez swoją głupotę, kiedy miałam osiem lat. Zajmował się mną mój starszy brat i tak naprawdę to mnie wychowywał. Kiedy skończyłam siedemnaście lat on się ożenił. Jego żona uradziła mi cudowną siostrzenicę. Jednak któregoś pięknego dnia, kiedy opiekowałam się małą, a oni pojechali spędzić po prostu miło ze sobą czas, mieli wypadek samochodowy. – westchnęła – Do dzisiaj trudno mi po prostu uwierzyć, że ich już po prostu nie ma.
      Historia dziewczyny tak mnie sparaliżowała, że poczułam mocne ukłucie w klatce piersiowej. Jakoś odszedł fakt, że dopiero się poznałyśmy, a ona mówi mi o swoich tragediach życiowych, na które nikt nie zasługuje. Uśmiechnęłam się do niej smutno, mimo że ona wciąż nie patrzyła się na mnie.
- Złe rzeczy zawsze spotykają tych najlepszych. – odparłam cicho.
      Nie wiem czemu, ale poczułam, że tym jednym błahym zdaniem dałam jej ukojenie. Domyślałam się po prostu, że nie chce ona usłyszeć zwykłego: „Przykro mi”. Żadne to pocieszenie.
- Coś w tym jest. – odparła jedynie oraz uniosła lekko kąciki ust, jakby sobie przypomniała wspomnienia o swoich najbliższych.
- Więc, co się stało z Twoją siostrzenicą? – zapytałam się.
- Aktualnie.. To ona przebywa.. U moich bardzo dobrych znajomych. – poszerzyła swój uśmiech – Mam prawo zajmowania się nią, kiedy skończyłam pełnoletność. Dziś już ma cztery lata i namawiała mnie.. Abym wróciła do tego co kocham – czyli tańca. – oczy jej posmutniały, mimo że na ustach wciąż tkwił uśmiech.
- Czyli nie jesteś sama. Masz ją. – stwierdziłam przyjaznym tonem oraz lekko się rozluźniłam, albowiem wiedziałam jak musiało boleć ją samo wspomnienie.
- Tak.. Mam dla kogo walczyć.
      Dopiero w tej chwili poczułam jak moja skóra jest nagrzana przez słońce. Zgarnęłam niesforne kosmyki włosów, które przykleiły mi się do mokrego karku, po czym szybko upiłam spory łyk wody, kiedy wróciła dawna wesoła towarzyszka z którą konwersowałam.
- Gdzie mieszkasz?
- Zatrzymałam się na początku u kuzyna swojej przyjaciółki.. – zaczęłam – Jednak trochę się.. Pokłóciłyśmy i mieszkam chwilowo u kolegi. Do czasu kiedy nie znajdę jakiegoś pokoju do wynajęcia.
- Mówisz serio? – zapytała się podekscytowana i nie oczekiwała na to nawet odpowiedzi – Właśnie szukam współlokatorki. Mam dosyć spory metraż dla samej siebie. Jeśli byś się zastanowiła, mogłabyś się wprowadzić.
      Zaskoczyła mnie jej bezpośredniość. Osobiście na pewno bym tego nie zaproponowała osobie, którą zaledwie piętnaście minut temu poznałam, obawiając się, że jest seryjnym mordercą czy coś w ten deseń. Jednak mimowolnie poczułam jak rodzi się we mnie nadzieja. W końcu bym nie zakłócała spokoju Jacob’owi, który mimo że nie chce abym się gdziekolwiek przeniosła, chciałby spędzić czas po prostu sam ze sobą.
      Uśmiechnęłam się do niej. Zauważyłam od razu, że jest ona naprawdę w porządku dziewczyną. Trochę zakręconą – owszem, ale nie zdawała się być niepoczytalna.
- Pomyślę o tym. Dziękuję w ogóle za propozycje.
- Nie ma sprawy. – zaśmiała się dźwięcznie oraz spojrzała na wyświetlacz swojego telefonu – O kurczę! Muszę iść. Przepraszam. Za pięć minut zaczynają mi się wykłady na temat historii tańca, co totalnie mnie zanudza, jednak mus to mus.
      W tej samej chwili sama poczułam lekki skurcz w żołądku, albowiem całkowicie zapomniałam o dalszym planie zajęć na dzisiejszy dzień.
- Ja tak samo. Trochę się zasiedziałyśmy. – zaśmiałam się cicho oraz wstałam zabierając swoją torebkę do dłoni.
- Bardzo, ale to bardzo miło było Cię poznać. – dziewczyna powiedziała to, kiedy wstała albowiem napisała kilka cyfr na małej kartce.
- Ciebie również. – odparłam oraz posłałam w jej stronę uśmiech, która ona szybko odwzajemniła.
- Tutaj masz mój numer. Jeśli pomyślisz o wynajmowaniu pokoju po prostu napisz, albo dzwoń. Zresztą, jak kiedykolwiek będziesz chciała, możesz zadzwonić.
- Dzięki. – ujęłam w wolnej dłoni kartkę – Na pewno się zastanowię.
- Cudownie. – dziewczyna niespodziewanie mnie przytuliła – Do zobaczenia! – odeszła tanecznym krokiem w stronę budynku.
      Kiedy zostałam sama, lekko się do siebie uśmiechnęłam oraz odgarnęłam kosmyk włosów za ucho. Wydawało mi się, że nikogo tak naprawdę nie poznam, a jednak los się do mnie uśmiechnął.
      Inni studenci zaczęli również powoli zmierzać w stronę budynku, więc podążyłam wprost za nimi.

- Na co masz ochotę? – spytał się Jacob spoglądając na mnie spod karty menu, którą trzymał w dłoniach.
      Znajdowaliśmy się w uroczej przytulnej restauracji w stylu Vintage. Odkąd usłyszał, że to mój ulubiony styl odchodząc rzecz jasna od modernizmu, to zawsze szukał miejsca w właśnie takim pokroju.
- Hmm.. Dzisiaj chcę.. Sałatkę. Z kurczakiem, rukolą, słonecznikiem i z sosem winegret. – uśmiechnęłam się do niego, a on jedynie z niedowierzaniem pokręcił głową.
- Nie wiem jak możesz się tym najeść. – sprostował swoją zabawną minę.
- Po prostu jest dzisiaj za ciepło na coś obciążającego mój żołądek. A po drugie.. – upiłam łyk zimnej lemoniady – Muszę dbać o linię.
      Mój towarzysz od razu się zaśmiał i schował twarz za menu.
- Nie chcę tego komentować. – stwierdził jedynie.
      Kiedy kelnerka przyniosła po chwili nasze posiłki, Jacob od razu wziął się za jedzenie, albowiem przez dziesięć minut wysłuchiwałam o tym jaki jest głodny i zapomniał wziąć do pracy jakieś chociażby drobnej przekąski. Uśmiechnęłam się lekko i wbiłam widelec do miski z sałatką.
- Poznałam dzisiaj taką dziewczynę.
      Jacob przeniósł na mnie swój wzrok oraz się uśmiechnął.
- Mówiłem Ci, że kogoś poznasz. To leży w tradycji uczęszczania do uniwersytetu. – odpowiedział tonem znawcy oraz się zaśmiał – Jest w porządku? – zapytał się kierując się pytaniem do Sky.
- Tak, jest naprawdę bardzo miła. – zagryzłam lekko dolną wargę, po czym po chwili dodałam – Zaproponowała mi wynajmowanie pokoju w akademiku poza kampusem wraz z nią.
      Jacob’owi mimowolnie zrzedła mina. „Aha, wiedziałam.” – moja podświadomość skomentowała nagłą ciszę.
- Mam nadzieję, że się nie zgodziłaś.
- Nie zgodziłam się. – odetchnął wtedy z ulgą – Ale powiedziałam jej, że się nad tym zastanowię. – dodałam po chwili, a on jedynie odłożył sztućce na talerz.
- Nie chcę, żebyś się wyprowadzała. – powiedział spokojnie, patrząc mi głęboko w oczy.
- A ja, nie chcę ciągle siedzieć ci na głowie. – odparłam – Nie wyjeżdżam gdzieś dalej. Ciągle będę tutaj, ciągle będziemy się widywać.
      Zabolało mnie trochę jego milczenie, albowiem on naprawdę nie zdawał sobie sprawy z tego, że czuję się źle z tego faktu, że ciągle gdzieś się błąkam, a on za moje mieszkanie u niego nie chce wziąć żadnych pieniędzy.
- Wolałbym mieć Cię na co dzień, Soph. – odezwał się po dłużej chwili, niemalże szeptem – Wolałbym wiedzieć, że jesteś bezpieczna.
- Ale tak jest, Jacob. Nie potrzebuję niani. – lekko podniosłam swój głos, ponieważ się zirytowałam – Przyjechałam tutaj, aby sprawdzić swoją samodzielność, znowu. Jestem dorosła. – odetchnęłam i spróbowałam postawić siebie do pionu – Bardzo ci dziękuję, że mnie do siebie wziąłeś. Jesteś moim przyjacielem, jedynym jaki mi pozostał. Więc proszę cię, nie zabraniaj mi robić tego czego chcę, bo nie chcę jeszcze stracić ciebie.
      Jacob patrzył się na mnie przez dobre kilkanaście sekund. Zidentyfikowałam zmianę w jego oczach. Oprócz troski zauważyłam uczucie, które na pewno nie należało do przyjaźni.
- Nie stracisz. – odpowiedział jedynie cicho oraz uchwycił moją dłoń, którą trzymałam na stole i lekko ją uścisnął – Pogodzę się z jakąkolwiek decyzją, którą podejmiesz, mimo że naprawdę chciałbym abyś została.
      Uniosłam lekko kąciki ust, aby go trochę pocieszyć.
- Dziękuję. – odparłam, również zaciskając palce wokół jego ciepłej dłoni.

      Godzina dwudziesta.
      Leżałam na łóżku, sporządzając notatki z dzisiejszych wykładów. Ciepło i wilgoć ciągle była odczuwalna, szczególnie na moim ciele. Jedynym ukojeniem był chłodnawy prysznic i mokre włosy, które ułożyły się wzdłuż moich ramion. Na chwilę oderwałam się od czynności, którą teraz wykonywałam. Przygryzłam wargę, a w mojej głowie pojawiło się wspomnienie o chłopaku, któremu byłam wdzięczna za to, że pod jakimś względem uratował moje życie. Shawn.
      Wciąż dziwnie się czułam ze świadomością, że tak szybko odtrącił naszą początkową znajomość. Jednak nie miałam mu również tego za złe, albowiem wiedziałam jaką mam ciężką naturę.
      „Zapomnij.” – jego słowo zadźwięczało mi w uszach, a ja czułam się jakby właśnie tutaj był.
      Odwróciłam lekko głowę, aby spojrzeć na drzwi prowadzącego do pokoju, jednak nawet tam nikt nie stał. Popadam w paranoję. Odpychałam teraz jego obraz z mojej pamięci, co poskutkowało, kiedy z mojego kalendarza wyciągnęłam karteczkę ze starannie napisanym numerem.
      Sięgnęłam po telefon i wystukałam treść wiadomości:

Cześć. Kiedy mogłabym zobaczyć miejsce, które będę z Tobą wynajmowała? :)

Sophie.

      Uśmiechnęłam się delikatnie do siebie, albowiem wyobrażałam sobie jej reakcje mimo, że spędziłam z nią jedynie kilka minut. Po chwili usłyszałam dźwięk telefonu. Na odpowiedź nie musiałam czekać zbytnio długo.

OMG! Choćby jutro! Nie wiesz nawet jak się cieszę!

      Odpisałam jej jedynie:

Złapiemy się jakoś na lunchu. Przy tym samym stoliku?
Dobranoc. :)


      Zablokowałam telefon oraz rzuciłam się na ułożone na łóżku poduszki oraz poszerzyłam swój uśmiech. Mówią, że spontany są najlepsze.
      Obym nie pożałowała swojej decyzji.



Kolejny rozdział po czterech miesiącach nieobecności. Moim jedynym usprawiedliwieniem jest to, że spełniałam swoje marzenia, aby zobaczyć swojego idola. Co poskutkowało.
Jeśli podoba Wam się rozdział, zachęcam do komentowania, albowiem to daje motywację do dalszej pracy.